|
blog tego magazyniera , co książkę małą napisał, ale mu wydać nikt jej nie chciał, bo on nie pisarz , i że niech się za robotę weźmie lepiej normalną, a nie za pisanie , więc ebooka sobie wydał, i za dychę go sprzedaje, i nie wierzy krytykom, bo gdy ludzie zwykli jego ebooka czytają, to na duszy lepiej im się robi
wtorek, 10 stycznia 2012
wczo raj mi się przy śnił
pełen śmiechu autobus zamknięty uciekł
zniknąłem na chwile dwie za pyta ny czy cię ko cham
to mrok otacza mnie cza sem ciebie też nie daj my się
ucieknijmy ra zem
pod prysznic dziś i grzesz my bez umiaru Je zus i kosmos cały niech będzie z nami
kocham cię dziś wczoraj cały wpatrzony jutro w cię ro ze brany
i na końcu też
razem trzymani
to życie takie poła ma ne
my radę damy
poniedziałek, 09 stycznia 2012
t y
nie
ty
tak
powie
z
nim
ucieknie
kartkę wyśle
pamiątka jebana
z
metafizyki sryki
dolonej
dłońmi macam po ciemku
świat mój mały
dla mnie
za du ży
będę
umarłem nie zrozu miały
w ci pę d many
a w niebie
anioły z bara nieją
gdy zobaczą mnie
żarcik taki przed
ostatni
niedziela, 08 stycznia 2012
Zapewne więszkość czytelników pamięta szkalujący "Magazyniera" artykuł pt. "Seks w seminarium", który ukazał się na łamach jednego z portali dziennikarstwa obywatelskiego. Artykuł był promowany na głównej stronie, więc nie sposób było przejść obok niego obojętnie.
PORNOEWANGELIZACJA MAGAZYNIERA - czyli kontrowersyjny ebook teraz za darmo! (źródło: interia360.pl autor: artyyk ) 2011-03-08 13:15:10 Kontrowersje wokół ebooka "Magazynier" nie do końca wydają się być uzasadnione. Niniejszy tekst jest odpowiedzią na niechlubny artykuł jaki niedawno pojawił się na łamach Interia360.pl, a którego autorem był dziennikarz "Orek". Aby moja odpowiedź była bardziej wyrazista, posłużę się tymi samymi śródtytułami, jakich użył w swoim tekście pan "Orek". Anarchistyczna prowokacja Mam wrażenie, że dziennikarz "Orek" przeczytał jedynie fragmenty "Magazyniera", wyciął je z kontekstu, i dorobił swoją bezsensowną interpretację. Ja zapoznałem się z utworem dogłębnie, i w żaden sposób nie mogę się dopatrzyć w tekście owej "anarchistycznej prowokacji". Bohater książki był za młodu punkiem, i wyznawał poglądy anarchistyczne, ale był również osobą wierzącą w Jezusa. Będąc punkiem, próbował godzić to z Ewangelią. Dla bohatera Jezus był takim pierwszym anarchistą, bo zniszczył totalnie istniejący wtedy porządek na świecie. I coś w tym jest. To z tego powodu, do symbolu anarchii autor domalował owy mały krzyżyk. A nie po to, żeby kogokolwiek obrażać, czy prowokować. Wulgarny Jezus Zastanawiałem się przez chwilę, czy jest sens odnosić się również do tej kwestii poruszonej przez pana "Orka". Kiedyś uważałem, że od czasów "Jezus Christ Superstar" mamy taki temat z głowy. Już od dawna w ramach ewangelizacji młodzieży, przedstawia się Jezusa, jako kogoś bardzo bliskiego młodemu człowiekowi. W "Magazynierze" ten Jezus, może jest jeszcze bliższy, być może faktycznie, troszkę za często przeklina, ale czytając tekst nie przeszkadzało mi to. Mało tego. Dzięki temu, że Jezus był bardziej swojski, wiele mądrych i często trafnych sentencji staje się łatwo przyswajalnych. Bóg w tej książce, jest z człowiekiem, i jest dla człowieka, a nie przeciwko niemu. Scena uprawiania miłości w kościele nie miała miejsca. Pan "Orek" znowu nie przeczytał dokładnie. Opisane zdarzenie odbyło się jedynie w wyobraźni głównego bohatera historii, który pałał pożądaniem do swojej nowej znajomej. Scena ta miała charakter niemal metafizyczny, kiedy to bohaterowie po zażyciu pewnego trunku stali się niewidoczni, i mogli w ten sposób "pozwiedzać" sobie seminarium duchowne. Wszystko zostało napisane z lekkim przymrużeniem oka, z odrobiną satyry i dowcipu. Dziwi mnie to, że dziennikarz "Orek" nie zauważył, iż cała ta scena swój punkt kulminacyjny nie gdzie indziej, tylko w kaplicy. Tam czeka na bohaterów On, czyli Mistrz. Rozmawia z nimi, potem wspólnie się modlą. Pisarz czy pisarzyk "Magazynier" jest utworem nieco skomplikowanym. Dzieje się tak, ponieważ obok fabuły głównej, na marginesie (dosłownie na marginesie) sączy się utwór dramatyczny, który w dosyć ciekawy sposób łączy się w dalszej części z główną fabułą. Książka jest też pełna symboliki, i nie byłem w stanie za pierwszym razem wszystkiego zrozumieć. Do niektórych fragmentów musiałem wracać ponownie. Ale ten utwór, to przede wszystkim książka magazyniera i autor wyraźnie to zaznacza już na samym wstępie. I faktycznie, tekst jest stylizowany na taki, który mógłby napisać zwykły, ciężko pracujący robotnik. Bo ta publikacja jest chyba kierowana, do ludzi zwyczajnych, którym nie jest łatwo w życiu, którzy każdego dnia muszą zmagać się z rozlicznymi problemami, z biedą, brakiem pracy, awanturami w rozmaitych środowiskach. Wielu z tych ludzi ucieka od Kościoła, bo przestaje go rozumieć. Bo bardzo często to, co mówi jakiś nadęty ksiądz z dużym brzuchem, mija się z rzeczywistością. W "Magazynierze" autor pokazuje, że mimo wielu trudności, cierpienia czy biedy, życie może być bajką. I że mimo naszych słabości Bóg jest bardzo blisko nas, i my możemy być również blisko Niego. I że do zbawienia nie jest nam potrzebne słuchanie Radia Maryja, ani nawet chodzenie do kościoła. Nie wolno przejść obojętnie Owszem panie "Orek", nie wolno przejść obojętnie. Dlatego dla wszystkich niezgadzających się z panem mam dobrą wiadomość. Z okazji Dni e-Książki, w dniach od 6 do 12 marca wiele ebooków będzie za pół ceny albo wręcz za darmo. Otrzymałem informację, że również "Magazynier" Marka Karonia, będzie w serwisie Bezkartek.pl udostępniony w tych dniach bezpłatnie. Czy dziennikarz "Orek" sinieje właśnie ze złości? Gdy sobie pomyśli, ile to teraz owieczek bożych na "demoralizację" zostanie narażonych, to pewnie tak Panu Orkowi życzę, by nie pękł z tej złości, a wszystkim pozostałym życzę miłej lektury. Bo uważam, że warto.
sobota, 08 października 2011
my nic nie rozumiemy my nic nie mamy pozostaje w pokorze stanąć przed wszystkimco jest skończą się czyjeś troski, utrapienie no właśnie a gdziekolwiek by nie prowadziła nauczmy się
wtorek, 13 września 2011
pielgrzymki wszak różne są. najbardziej lubię te, na wzgórze łonowe. Twoje. Najsmaczniejszym łąkom tego świata daleko do miejsca tego. Uwielbiam, z winem czerwonym. Kocham. smakuję i rozkoszuję. Rozchylam wargę, po wardze, by wtulić się w Cię Tam. Sanktuarium Świętsze od najswiętszych. Bądź uwielbiony Boże za smak waginy podnieconej. Za Jej zapach i orgazm błogosławiony. Zdejmę sandały przed wejściem. krzyczą gdzieś, że świat się kończy, dziś może jutro, że na pewno za tydzień, lub pod koniec przyszłego roku.
środa, 31 sierpnia 2011
umarł w zako
panem debil
pie rdo lony
z ogonem ucieknie pod ku lony
nie ucieknie?
jeszcze
nie
liście poza
miatane
zakład
czy
śmieć rozdeptany
jeszcze kiedyś
wstanie
czy już
nie
założyli
powstanie!
czwartek, 25 sierpnia 2011
na górce latarnia stoi, choć pusto jest wokół. i chyba tylko dla mnie świeci,
tak smutno jakoś - ktoś zwrócił uwagę. może przyjdziesz i usiądziesz tu ze mną? to nic, że pod latarnią jest najciemniej. Tak tylko głupio gadają. mi tu jest dobrze. Cała ulica jest pusta. Myślałem, że ludzie już śpią. ale nie wszyscy. Tylko gdzieś poszli. Kiedyś też pójdę się zabawić. Tymczasem, trzeba coś ważnego zrobić. Dlatego przyszedłem na górkę. Zawsze jest blisko, gdy jej potrzeba. Blisko pustej ulicy. Ale dziś na górce chyba nikogo nie ma. Czy ktoś mnie kurwa słucha? Nawet przekleństwa jakoś głucho tu brzmią. Dzisiaj. Dzisiaj jest inaczej. Wszystko dzisiaj jest inaczej. Jestem przegranym głupcem. Przegranym błaznem, który jeszcze raz się łudził. Ale moja bajka nie przegra. Ona tylko jest inna, niż myślałem, że jest. Bajka mnie pochłonie. Wbrew wszystkiemu. Pójdę pustą ulicą do końca.
zawsze można zacząć
od nowa pamiętacie błazna małego z tamtego kraju znowu przed Wami zatańczy na głowie teatr przypomni
poety o końcu świata jest w nas
NIE MA SIĘ CZEGO BAĆ
środa, 17 sierpnia 2011
tam gdzie powstaną aniołki fluorescencyjne zbudujemy domek a potem zaprosimy na imprezkę wszystkie lalki z okolicy
zatańczą barbie i inne długonogie w krótkich spódniczkach
później domek zamkniemy i daleko wyjedziemy
zostawimy wszystko
tylko Jezus potrafi tak mózg rozpierdolić żeby wyrzucić z niego całe gówno do końca bez kompromisu
przy śpiewie ptaków
i szumie morza
nawet jeśli za chwilę
znowu upadniemy
inna rzeczywistość się zbliża choć nie chcą jej racji przyznać bycia
rzeczywistość bezpieczna
wtorek, 02 sierpnia 2011
siedzę jakimś tworem dziwnym przed telewizorem
dusze zgubione gdzie jest pambóg
uratować by mógł
sobota, 16 lipca 2011
przyjdź przyjdź włóż tam i dziurerce bijące niedopity sok chwila na ma
piątek, 08 lipca 2011
znikam to zdaję że znikam umieram coraz znikam i unicestwiam się ja i dlatego mówię że kocham ja którego nie za jebaną zafajdaną kochajmy może pierwszy zanim ja tylko nagrobek
wtorek, 28 czerwca 2011
Żyję o dwa lata za długo a dziś świętuję moją drugą rocznicę bezprawia małego osobistym
pani kozak i panie z obi:
też będę
sobota, 25 czerwca 2011
zanim odejdę powiem
że świat jest właśnie taki
i zboczony
uniżony w miłosnych podrywach próbujący wstać zmrę
ile wlezie
tylko
chwalmy w pizdu pana
orgazmem kolejne
niedziela, 19 czerwca 2011
nIecH bĘdZie za tEm
pAn uWieLbiOnY
wSzysTko iNnE jEst dO bAni
aTeiZm tEż
sobota, 18 czerwca 2011
muzyka jest mimo wszystko najważniesza
gdyby pytał ktoś
czy bóg jest
to jest
bogiem muzyka
zatańczą
politycy też nawet ci z lewicy
wszystkie chuje zbóje
bez wyjątku
muzyka
oddech Jego
gdzieś
tam
będącego
z rozpaczy się śmiejacego
nad naszym losem
płaczącego
i
mocno
pierdolniętego
za to
że to wszystko
JEST
środa, 11 maja 2011
to nic
psy zdechłe ulicą rozje
chane
przejrzane myśli
pana
co dzieci
przeprowadza
na obiad dziś
pomidorowa
mokre myszki
spinaczem na suszarce
schną
zabiorę
nad morze
cię
potem
zmrę
piątek, 08 kwietnia 2011
zA zAkrĘtem stali krótkonogiego zabrali buty zapierdolili mordę skopali za zakrętem
na górce go zobaczyli śmiechem powaleni zdechłe psy w oczy zaśmiali
niezrozumieNIEm
chyba jednak zapalę sobie
ble
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
(Poniższy fragment pochodzi z ebooka innego niż wszystkie, pt. "Magazynier" )
„Mika, jedziemy kurwa na rekolekcje!” – Strzelił raz Prezes do mnie jak grom z jasnego nieba. Myślałem, że odpierdoliło mu już kompletnie, albo że się najarał jakiegoś świństwa. A on mi zaczął tłumaczyć, że pojedziemy do seminarium duchownego w Paradyżu, bo tam organizują rekolekcje ciszy. – Pójdziemy tam zrobić jakąś rozpierduchę? – Zapytałem z nadzieją w głosie. Ale gówno. On mówił na serio. Twierdził, że to nam dobrze zrobi, że takie trzy dni z mordą zamkniętą na kłódkę wzbogacą nas duchowo i psychicznie.
- No, a co z twoim irokezem – zapytałem, bo Prezes stawiał na głowie zawsze kogucika. Ja nie stawiałem, bo matka mi nie pozwoliła. I tak wykazała szczyt swojej tolerancji, pozwalając mi nosić wysokie buty z białymi sznurówkami. - Irokeza położę na ten czas – objaśnił. – Nie będziemy robić zadymy. Będziemy milczeć.
No i pojechaliśmy kurwa na te rekolekcje. Miałem doła po całości. Bo nie dość, że rekolekcje były w seminarium duchownym, nie dość, ze tylko dla facetów, to jeszcze na dodatek w całkowitej ciszy. Nie wierzyłem, że uda mi się choć jeden dzień wytrzymać. Ale Prezes był moim idolem, więc uznałem, że nie powinienem już więcej marudzić, tylko spróbować.
Pojechaliśmy auto stopem…
Paradyż, być może jest pięknym miejscem na spędzenie kilku lat życia, dla młodych chłopców po maturze, chcących bawić się w księdza. Mi jednak wydało się miejscem zesłania. Ksiądz, który otworzył nam drzwi, uśmiechnął się na nasz widok, przywitał, a następnie wskazując na kogucika Prezesa zapytał: „Czy mógłbym Cię prosić…” Prezes nie pozwolił mu dokończyć. Powiedział, ze zaraz skorzysta z łazienki i zrobi na głowie względny porządek. Ksiądz pokiwał głową i zaprowadził nas do pokojów mieszkalnych. Prycze były piętrowe. Prezes był cięższy, więc wziął miejscówę na parterze, a ja na górze.
Pomyślałem sobie, że jest zajebiście chujowo i że na dodatek kurwa mać.
O dwunastej miała być modlitwa w kaplicy, którą rozpoczną się trzydniowe rekolekcje ciszy. Oczywiście cisza miała dotyczyć tylko uczestników. Oni, to znaczy klechy[1] i jacyś inni prelegenci, będą nam tłukli coś do głów. Położyłem się wkurzony na łóżko, i patrzyłem jak Prezes ze swoim stoickim spokojem wypakowuje rzeczy z plecaka. Spodnie na zmianę, koszulę, bluzę, mydło, szczoteczkę do zębów, maszynkę i wodę po goleniu. Powolutku wyjmował kolejne przybory i układał, z niemiecką dokładnością, jeden obok drugiego w szafce, która stała obok naszego wyra. Jebany, chyba faktycznie przyjechał tu się uduchowić. Trochę nie mogłem mu tego darować. Miałem jednak nadzieję, że w trakcie trwania tego cyrku ciszy, zmieni zdanie, jak zobaczy jacy to są idioci.
Kochamy nasze JA. Kochamy tak bardzo, że nie chcemy oddać Bogu ani kawałka własnego JA. Bo po co Bogu nasze ja? Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. A Bóg przecież jest w niebie, czy ja coś kurwa pomyliłem?!
Rekolekcje się zaczęły. Prowadzący ksiądz był nawet spoko. Dobrze mu z gęby patrzyło. Przypominał o zasadzie zachowania bezwzględnej ciszy. Również przy posiłkach. Jak ktoś chciał sobie pogadać, to mógł, a nawet powinien umówić się na rozmowę z kierownikiem duchowym. I wtedy szedł gdzieś z tym kierownikiem na odosobnienie (nie do kibla) i tam sobie mógł pogadać. A poza tym, to nie można było. Po rozpoczęciu zaprosili nas na pierwszą prelekcję, czy jak tam to nazywali. Miał gadać nam jakiś świecki katecheta. Facet nazywał się Gulek, albo to jego jakaś ksywka była. Opowiadał nam o samogwałcie. Chłop przez kilkanaście lat swojego życia miał zajebisty problem, polegający na marszczeniu freda. Przez wiele lat walił gruchę, gdzie tylko popadło i nie potrafił nad tym zapanować. Strasznie go to rujnowało duchowo, walczył z tym, aż w końcu spotkał Jezusa i przestał walić gruchę.
Czego on nie łaził na dupy, zastanawiałem się jak tego słuchałem, przecież trzepanie wacka od czasu do czasu jest przyjemne, ale jest to mimo wszystko ostateczność, gdy nie ma wokół w kogo się wbić. Chciałem się zapytać na głos, ale obowiązywała zasada ciszy. Mieliśmy tylko słuchać. No więc słuchałem dalej o tym, żeby się nie przejmować, jeśli też walimy gruchę, bo można z tego wyjść.
Po katechezie o wacku poszliśmy na obiad. W ciszy. A jebana cisza towarzyszyła nam na każdym zasranym kroku, i nawet w sraczu bałem się głośniej pierdnąć, co by ksiądz mi tam z pyskiem zaraz nie wparował, że cham jeden ciszy nie zachowuję. Jedliśmy w milczeniu. Zupę jednak należało posolić i popieprzyć. Pieprz był blisko, więc sobie poradziłem. Jednak zasrana sól stała na drugim końcu kilkumetrowego stołu. Blisko soli siedział Prezes. Pomyślałem, że mi pomoże. Zacząłem stroić do niego miny, co by przykuć jego uwagę i dać do zrozumienia, co ma mi podać. Ten jednak jadł w milczeniu i skupieniu świętym. Chrząknąłem. Udało się. Spojrzał na mnie wzrokiem pytającym. Zacząłem znowu stroić do niego miny, wskazując wzrokiem to na sól, to na mój talerz zupy. Nie zrozumiał. O czym on kurwa myślał, że tak ciężko czaił. Robił tylko pytającą minę dając mi do zrozumienia, że nie zrozumiał mojego przekazu. Nie wytrzymałem. „ Sól mi kurwa podaj idioto! – Ryknąłem na całego. Zrobiła się cisza jeszcze większa niż wcześniej. Wszyscy na moment znieruchomieli. Tylko ksiądz prowadzący kaszlał, bo zakrztusił się w efekcie mojego wyskoku. „Mika, tu się nie gada – zwrócił mi uwagę Prezes, przerywając tym samym ciszę. – Masz swoją pieprzoną sól, i nie odzywaj się więcej – i jak tylko to powiedział, to pizdnął[2] solniczką w moją stronę. Solniczka najpiew trafiła w mój zakichany łeb, następnie rozleciała się, i cała sól razem z kawałkami solniczki wylądowała w mojej zupie. „No i chuj. To się najadłem!” – rzuciłem wściekły, po czym wstałem od stołu i opuściłem całe to święte towarzystwo.
Łaziłem wokół seminarium, i szukałem jakiegoś uspokojenia. Prezes chyba zrozumiał, że musi być mi ciężko, bo zdecydował się na trochę przerwać milczenie. Poszliśmy do przyklasztornego parku, nad rzekę, i tam sobie trochę pogadaliśmy. On naprawdę chciał te trzy dni wykorzystać na poszukiwanie kontaktu z Bogiem. Prosił, żebym spróbował go zrozumieć, i żebym nie miał mu za złe, że się do mnie nie odzywa.
Mówi się trudno, trzeba będzie przecipieć jakoś te rekolekcje.
Miłość Boga do człowieka jest w ogóle niezrozumiała w obliczu tak wielkiej, a wręcz nieograniczonej ludzkiej głupoty. Dlaczego więc miałaby być?
Jakoś dotrwałem do końca rekolekcji. Ale zanim to się stało, miałem przyjemność wysłuchać jeszcze czterech konferencji o samogwałcie, trzech o wyborze drogi życiowej, i jednej o roli „niewiasty” w życiu mężczyzny. W tej ostatniej mówiono nam dlaczego seks jest „be”[3]. Dowiedziałem się, że seks jest ok, jeżeli służy reprodukcji. Ale jeśli służy tylko przyjemności, to jest już nieczysty. Na przykład, jeśli używamy prezerwatywy, to znaczy, że nie chcemy mieć dzieci. Takie bzykanko jest wtedy grzechem. Ale, jeśli nie chcemy dzieci, i w tym celu dokładnie obliczymy za pomocą kalendarzyka, kiedy są dni niepłodne, i wtedy odbędziemy stosunek, to takie bzykanko już nie będzie grzechem. Dlaczego? Bo w tej pierwszej metodzie nasienie marnuje się w sposób niegodny (no właśnie, co robisz z zużytą gumką? Pewnie gumka wędruje do kosza na śmieci. A fuj!). Natomiast w metodzie naturalnej, czyli tej z kalendarzykiem, nasienie marnuje się w sposób godny (na przykład, twoja dziewczyna idzie się później wykąpać, więc nasienie wypływa, i ucieka pachnącymi rurami do czystej rzeki, którą płynie do czystego morza, a tam żywią się nią czyste rybki[4]).
Ja piedole, łeb mi już pękał od tego wszystkiego. Miałem dwa sposoby na odstresowanie się. W nocy słuchałem przez walkmana The Exploited, a rano pod prysznicem bryzgałem spermą po kabinie i gdzie tylko popadło. W końcu nie samą teorią powinienem się szkolić, myślałem sobie podczas walenia gruchy. Tak wyluzowany, mogłem zwolnić trochę miejsca w głowie na kolejne pranie mózgu.
Po rekolekcjach, Prezes zamknął się na jakieś pół godziny w łazience, żeby postawić kogucika. Gdy wyszedł od razu natknął się na naszego klechę. „O, kogucik” – uśmiechnął się ksiądz. „Ano kogucik wielebny” – odpowiedział mu wesoło Prezes. O tak, to był znowu mój stary dobry Prezes. Wrócił do siebie i w siebie. Poszliśmy główną drogą łapać stopa do Gorzowa. >>>PRZECZYTAJ CAŁĄ KSIĄŻKĘ <<<
[1] Nie wiecie jak się pisze: „oni klechy”, czy „one klechy”? Wydawałoby się, że klechy, to oni, bo przecież faceci. Gdybym użył „one”, to ktoś mógłby pomyśleć, że to kobiety, albo jakieś cioty (nie obrażając ciot, ciotek i cioteczek naszych, drogich i kochanych przecież). Tak właściwie, to nie pasuje mi tu ani „oni”, ani „one”, ale coś musiałem wybrać. Jak zrobiłem błąd, to poprawcie sobie w swoim egzemplarzu :D [2] pizdnął - tutaj: rzucił z mocą. Rzucił z taką mocą, że aż gwizd było słychać jak leciała w moją stronę. [3] „be” - tutaj: brzydki, nieładny, nieczysty, zboczony, głupi, bez sensu, jakiś kurwa sprzeczny z ludzką naturą itepe, itede, itesre... [4] Co prawda rybki miewają później bóle brzucha, dostają czkawki, a w końcu zdychają i pływają do góry brzuchami, ale dopóki Greenpeace nie wie, że to od ludzkiej spermy, to kościół może czuć się bezkarnie.
niedziela, 06 marca 2011
Z okazji Dni e-Książki cena wielu ebooków zostały obniżone. Również "Magazynier" w dniach od 6 do 12 marca będzie kosztował symboliczne 50 groszy. Zapraszam do lektury. >>pobierz książkę>>
czwartek, 03 lutego 2011
poniedziałek, 31 stycznia 2011
w nienormalności popadając nie snując nie wplątując
przez ulicę biegnąc
samochody się zatrzymają
kierowcy wysiadają
za mną biegną
nie wiedzą
gdzie
tam
to już drugie skrzyżowanie zdejmę koszulkę, bo gorąco się robi
moi biegnący przyjaciele też zdejmują koszlulki panie kierowczynie w samych stanikach biegną dalej
co się dzieje przechodnie pytają przystają na chwilę
jedni ręką machają w swoją stronę idą dalej
inni zdejmują koszulki i biegną
za mną
i za moimi przyjaciółmi nieznanymi niewiadomymi
tak będzie?
prawda?
a gdzie pobiegniemy?
a w pizdu
gdzieś tam pobiegniemy.
na obiad do p prezydenta srenta
bLee
łapać motylE
Jeśli chcesz być w przyszłości informowany o nowych wpisach magazyniera, zamów newsletter tego bloga.
wtorek, 25 stycznia 2011
Dotykając cię mnię
mknę w cię
mnę całą
w się
oczyściwszy umysł i ciało
pod prysznicem
dotykam
rozpływam
po łydkach
spływam
zapytany wzrokiem
na Ciebie
patrzę
jeszcze
nie
koniec świata
tutaj
początek
nieba
niczym penis wygolony
bezbronny
stoję
ochlapawszy mnie
samochód
zdziwiony
a
ja
przez Boga zapytany
dlaczego
wygolony
ramionami
wzruszywszy
i
w
ciebie
tylko
zapatrzony
potem nad rzeką
do żab i robali
krzyknąwszy
ŻE DZIŚ WRÓCIŁY
PIERDOLONE KRASNOLUDKI
zapraszam wszystkich
na
śniadanie
a jeśli stanie
to i ruchanie
zbliżywszy serce
do
języka
tchnieniem
ostatnim
oddany
Tobie
amen
Dotykając cię mnię mknę w cię mnę całą w się
oczyściwszy umysł i ciało pod prysznicem dotykam rozpływam
po łydkach
spływam
zapytany wzrokiem na Ciebie patrzę
jeszcze
nie koniec świata tutaj
początek nieba
niczym penis wygolony bezbronny stoję
ochlapawszy mnie samochód
zdziwiony
a ja
przez Boga zapytany dlaczego wygolony
ramionami wzruszywszy
i
w ciebie tylko
zapatrzony
potem nad rzeką
do żab i robali krzyknąwszy
ŻE DZIŚ WRÓCIŁY PIERDOLONE KRASNOLUDKI
zapraszam wszystkich
na śniadanie
a jeśli stanie to i ruchanie
zbliżywszy serce do języka
tchnieniem ostatnim oddany Tobie
amen
Jeśli chcesz być w przyszłości informowany o nowych wpisach magazyniera, zamów newsletter tego bloga. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
ARCHIWUM MAGAZYNIERA
Blog roku
Inne strony
KONTAKT
Szablony
![]() Wypromuj również swoją stronę | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||